O niepotrzebnym gniewie


Czy byliście kiedyś po spacerze tak bardzo źli , że szkliwo pękało Wam od zaciskania zębów, a po przekroczeniu progu mieszkania pies razem ze smyczą biegł na swoje miejsce?
Cookie bardzo szybko nauczył się, że rozdrażnionego szerszenia nie można ani pocieszyć, ani przeprosić, więc swego czasu tuż po przekroczeniu progu mieszkania schodził mi z drogi jeszcze zanim zdążyłam odpiąć smycz i przez trzeszczące od naprężeń zęby wysyczeć: "NA MIEJSCE". A warto dodać, że tego tonu nie powstydziłaby się najgorsza z czarownic.
Doprawdy, mimo że gdy byłam dzieckiem babcia mówiła na mnie "zołza" i "złośnica", nie zwykłam w przeszłości wpadać w aż taki gniew. Ostatnio, tak myślę, w wieku 8 lat, gdy mój młodszy brat urwał głowę JEDYNEMU Kenowi jakiego KIEDYKOLWIEK miałam. Głowę można było jeszcze z powodzeniem zamontować, ale zamiast poprosić o pomoc kogoś dorosłego wściekałam się, że nie udaje mi się go naprawić. W pewnym momencie moja furia osiągnęła apogeum, zaczęłam uderzać okaleczoną zabawką raz po raz, o brzeg biurka, aż nieszczęsnemu Kenowi odpadła noga. A tego nie dało się już naprawić.
Nauczyłam się wtedy, że często lepiej wychodzi się na solidnym zaciśnięciu zębów, niż na uleganiu złym emocjom.
Kto wie, być może Beznogi Ken nie raz uratował Cookiemu skórę ;)

Przed wami 3 wybrane historie, o Cookim,  który chciał żyć szybko i umrzeć młodo:

1. Wyjechaliśmy na ferie zimowe do mojej mamy, na wieś. Cookie zawsze dostawał u babci małpiego rozumu i muszę przyznać, że niezależnie od tego jak ciężko pracowaliśmy w domu nad eliminacją niektórych zachowań (np. skakaniem na ludzi), u babci wszystko to wracało do nas priorytetem.  Pewnego wieczoru Cookie wyszedł ze mną na ostatnie, z założenia szybkie, siku. Bez smyczy, ot, za drzwi i do domu, bo przecież jeszcze jeden spacer temu wracał bez zarzutu.
Otworzyłam mu drzwi o 10:00, następnego dnia rano. Poprzedniego wieczoru kawaler ogłosił bowiem wszem i wobec, że nie wraca na noc do domu. Jeśli mam być szczera, ogłaszał to przez całą noc, podczas maratonów dookoła posesji. Jadaczka mu się nie zamknęła nawet na sekundę.

2. Innym razem, podczas spaceru po lesie natknęliśmy się na pasące się na polanie stado koni. Cookiemu nie trzeba było dwa razy ich przedstawiać, nie zastanawiał się ani sekundy. Dawaaaj w te kopytne stworzenia! Wszelkie próby odwołania, triki z odbieganiem, nęcenie pożywieniem i piłką nie zdały egzaminu. Rozsądek skutecznie powstrzymał mnie przed pościgiem, ale nie zdecydowałam się również na bezczynne czekanie, aż spłynie na mnie cień uwagi Jaśnie Pana. Gnojek rozgoni przecież towarzystwo po lesie, a te albo go zadepczą, albo pozabijają się nawzajem! Bardzo się Cookie zdziwił gdy dopadłam go zza kępy trawy, niczym tygrys skradający się do swojej ofiary. Nie udało się pogonić zwierzyny, nie doceniłam wspaniałej zabawy, którą Cookie wymyślił całkiem sam. Nie znam się ani na psich figlach, ani tym bardziej, na żartach.

3. Trzecia historia, to właściwie nic nowego, jeszcze niedawno rzekłabym: "dzień jak co dzień". Bo ileż psów można "zaatakować" w ciągu jednego spaceru? A wie pani, ile będzie!
Któregoś razu podczas tego całego szczekania i kłapania zębami porządnie przygryzł sobie wargę. Zalał się wtedy krwią, a blizna została mu do dzisiaj. Wrócił jednak do domu zadowolony, dumny wręcz, napuszony. Dał im popalić! Było warto!

Wspominając te historie nawet lekko się uśmiecham. To były czasy, to były emocje! Uśmiechowi towarzyszy jednak przede wszystkim ulga, niejednokrotnie naprawdę niewiele brakowało, a nie miałabym teraz lizanego co akapit czoła. Bynajmniej nie dlatego, że ubiłabym sierściucha, a z powodu niebezpiecznych sytuacji, w które ładował się z zapałem maniaka. Choć nie ukrywam, bywałam na niego wściekła częściej niż mogę w to teraz uwierzyć i codziennie powtarzałam, że "zabić to za mało". Naprawdę dużo wtedy płakałam.

Ale czy naprawdę warto było się tak złościć?

4 komentarze

  1. Fibi w wieku trzech miesięcy stwierdziła, że wystarczy tego życia i zjadła niebieskie ziemniaki, które swoją barwę zawdzięczały trutce na gryzonie zostawionej w ciasnym kącie u ludzi, których odwiedzaliśmy. Więcej stresu, niż złości (jak tu się złościć na szczeniaczka?), ale i tak dała nam popalić... Bieganina, wet, zastrzyki, a ona siedzi z miną "zjadłam? zjadłam. na ... drążyć temat" ;) Wniosek mam jeden: posiadam terriera. Za Fibi po prostu trzeba myśleć. Niemyślenie za nią grozi niebezpieczeństwem, a w efekcie złością, bo coś poszło nie po naszej myśli. Ale przewidywanie, życie o 3 sekundy wcześniej od psa, a do tego praca i przede wszystkim cierpliwość przynoszą rezultaty! :D

    Co do samej złości, tak trochę z innej strony: bardzo łatwo jej ulec, a ona z kolei z łatwością burzy porządek między przewodnikiem, a psem. Sama na początku wściekałam się, jak mój pies czegoś nie potrafił zrozumieć, czy powtórzyć. Potem do mnie dotarło, że to nie ona jest głupia, tylko ja muszę się zmienić. Pies zamiast skupiać się na tym jak wykonać kolejną sztuczkę zastanawia się czemu się wściekam i co zrobiłam źle... Pewnego dnia po prostu zmieniłam podejście, wypisałam punkty: jaka muszę być? I zadziałało. Cierpliwość, spokój, skupienie i jasność komunikatów rośnie. Lista sukcesów także. Zdarza mi się podnieść ton na psa, ale tylko po to, by przypomnieć jej, że ma mózg, którego w tej chwili ma używać. :D

    PS. Mówią mi, że to mojego bloga czyta się lekko... i że fajnie piszę. Ale nie mogę się nadziwić TWOIM postom! Jest 1:30, a ja wciąż rozumiem każde zdanie bez czytania go 3 razy od początku. Super <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Ach ta Fibi! Ale nie sposób było jej winić!

    Masz niewątpliwą rację, złość nie tylko piękności szkodzi. Cieszę się, że.udało Ci się zrozumieć jak ważna rolę w szkoleniu odgrywają emocje i odnosicie sukcesy :) u nas problem ma nieco inne korzenie i inna skalę. Mamy do czynienia z konfliktem miedzy dobrze wychowana, spokojna opiekunką, a psem który nijak wpisuje się w kanony życia w społeczeństwie. Stąd trudniej mi akceptować jego zachowanie i podejść do sytuacji na luzie. Niemniej jednak, myślę że poczyniłam ogromne postępy ;)

    ps: bardzo miło mi to czytać, dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem na początku tej drogi i mam ochotę ubić swojego psa jakieś miliard razy dziennie. Chociaż to i tak trochę mniej niż jeszcze 3 miesiące temu. Czasami wychodząc na spacer nie wiem czy aplikować tabletki uspokajające sobie czy psu :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Też mnie niestety czasem ogarnia ogromna niczym wszechświat złość.
    Do tej pory udało mi się naprawdę porządnie wściec na mojego psa dwa razy - raz jak dostał ataku szału i złości gdy odwiedziła mnie w domu znajoma, i gdy każdy jej ruch ręką/nogą/czymkolwiek skutkował chęcią zagryzienia na śmierć (swoją drogą- znajomą już wcześniej poznał i widział kilka razy!). Drugi raz nastąpił gdy jaśnie Pan uwalił się na łóżku i po raz pierwszy przejawił oznaki buntu, ogłuchł i nie reagował na komendę "zejdź". Nie chciał zejść ani na prośby, ani na groby ani na smaczki, próby podejścia i przesunięcia np. kołdry kończyły się warczeniem i kłapaniem zębami.
    W tych sytuacjach chciałam wyrwać mu łeb z płucami, moja tolerancja spadła do zera i naprawdę foch połączony z ignorowaniem i brakiem głaskania trwał cały dzień. Niestety wtedy też porządnie na psa nakrzyczałam, drąc się w niebogłosy "na miejsce!!!" - oczywiście zaraz później męczyły mnie wyrzuty sumienia (bo wiem, że nie powinnam, wiem, że pies się boi w takich sytuacjach, i że może spaść jego zaufanie do nas), ale byłam tak wściekła, że nie mogłam się powstrzymać.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...