5 upiornych klientów sklepu zoologicznego


Wszyscy jesteśmy klientami sklepów zoologicznych. Wybieramy psisku karmę, taką a owaką, zabaweczki, szczoteczki, piłeczki. Jak to jest po drugiej stronie lady? Fascynująco! Na swojej zmianie poznajemy prawdziwych pasjonatów, ale też totalnych laików. Niektórych z nich życzymy sobie spotkać w przyszłości, część witamy ponownie z drętwym uśmiechem na ustach.

Jacy są moi ulubieńcy?


1. Byle MIEĆ.

Takich klientów jest niestety więcej niż wielu. 
Chcą kupić jednego szczura, a do tego klatkę (chomiczą, najmniejszą z asortymentu), która idealnie zmieści się na stoliku od ciotki Halinki. Na długość akurat! 
Przyda im się kuweta, ale taka, żeby zmieściła się między koszem na pranie a muszlą klozetową.
No nie, ta najmniejsza, którą państwo tu macie, jest co najmniej dwa razy za duża, no po prostu za wielka, no po prostu mi się nie zmieści. A że kot nie zdołałby się w takiej nawet obrócić, who cares?
Ach, no i jeszcze rybki. Najlepiej welonek, do kuli. Albo nie, welonek.... i skalar! I jeszcze żółwia do tego wpuścimy, zmieści się, prawda?

Mimo, że należymy do narodu ekspertów, może się zdarzyć, że popełnimy mniejsze lub większe błędy wynikające z naszej niewiedzy, przez co mniej lub bardziej zaszkodzimy posiadanym przez nas zwierzętom. Winno się wcześniej doczytać, dowiedzieć, ale jak wiadomo, nie zawsze jest nam z tym po drodze lub po prostu, nie udało nam się znaleźć lub otrzymać takiej informacji. Nie powinniśmy się z kogoś śmiać, że czegoś nie wie, ale zawsze warto delikatnie przedstawić swoje argumenty, by uświadomić komuś, że nie ma racji i zmienić jego tok myślenia, zachęcić do zgłębienia wiedzy w danym temacie. 

Istotnie, zdarzają się klienci zaskoczeni, którzy naprawdę nie wiedzieli, że szczury, świnki morskie, czy myszoskoczki są zwierzętami stadnymi. Nie wiedzieli, że ryb nie powinno się trzymać w kulach, nie mieli pojęcia, że koszatniczkom nie wolno podawać dropsów dla gryzoni. I cieszą się, że się dowiedzieli czegoś nowego, i wdzięczni są za tę informację, której nie musieli szukać, i zrobią tak jak pani radzi. 

Ale niestety, są też tacy, którzy chcą zwierzę MIEĆ. I naprawdę, proszę mi tu nie gadać, bo to dla dziecka przecież. Więc co to za różnica.


2. "Pani mi powie"



Klienci sklepu zoologicznego lubią skrajności. Lubią traktować nas jak Grażyny ze spożywczego, które znają się tylko na wydawaniu reszty, choć nie chce im się szukać drobnych, a my później żydzimy grosiki po znajomych, ale lubią również pytać nas o rzeczy, które znacznie wykraczają ponad zakres naszej wiedzy i obowiązków.
O ile zawsze staramy się pomóc i doradzić zgodnie ze swoją wiedzą i doświadczeniem, o tyle trudno jest nam zdiagnozować psa, który się drapie, gdy właściciele nie potrafią podać nam żadnych informacji (np. co pies jadł, czy skóra jest zaczerwieniona, zmieniona), a nawet nie widzimy psa. Zresztą, nie powinniśmy.

Naszym ulubionym odłamem kategorii "Pani mi powie", są klienci, którzy zadają wiele pytań o dany produkt lub warunki utrzymania danego zwierzęcia, po to by później... kupić wszystko przez internet.
Chodź Zbyszku, spytamy pani, co będziesz czas tracił w domu na szukanie.


3. Czy jest Royal dla yorków w promocji?

Niestety, wbrew temu, co sugerują nam nazwa, reklama i niektórzy hodowcy, Royal Canin nie należy do karm wysokiej jakości. To co ją jednak wyróżnia, to fakt rozszerzenia swojej oferty na karmy dla poszczególnych ras, chwyt marketingowy pierwszej klasy. Z doświadczenia swojego i koleżanek po fachu, stwierdzam, że nie jest ważny jest skład, a rysunek na opakowaniu, a na etykiecie, przecież, jak wół- york. Nie spieramy się, jeśli nie trzeba, nie wciskamy na siłę innych produktów, ale często uszy nam już krwawią od rzucanego od progu "Czy jest Royal dla yorków w promocji?"
Bo wie pani, jeśli nie ma w promocji, to kupię jakąś karmę w markecie.
W końcu jeśli nie Royal, to co za różnica.


Może zamiast plakatów promocyjnych, powinniśmy wywieszać informację "Nie ma (lub JEST!) Royal dla yorków w promocji!" ?


4. To jest test!



Zwykle zaczyna się niewinnie, często egzaminator wcale nie wygląda na profesora nadzwyczajnego. Niech nie zwiedzie Was nieformalny stój lub stojący u boku mąż, nie straćcie czujności przez przypatrujące się rybkom dziecko! Godzina 18:36, egzamin ustny, wpadliście jak śliwka w kompot.
Egzaminator będzie zadawał pytania, choć wydaje się znać na nie odpowiedź. Bardzo dobrze, jeśli odrobiłeś pracę domową, znasz się na swoim fachu i wiesz o czym mówisz. Świetnie, jeśli masz zapleciony warkoczyk i skromny, delikatny uśmiech. Kiepsko, jeśli wypadasz jak burza do egzaminatora, chcąc jak najszybciej być do usług, potykając się po drodze o własny język i worek z przecenioną karmą. Profesor często patrzy na Ciebie z wyższością, zza drucianych okularów, krzyżując ręce na piersi. Tak, doprawdy?- spyta, próbując zbić Cię z tropu. Dwa razy zada Ci te same pytanie, podniesie wysoko brwi.  Proszę dobrze się zastanowić, proszę się nie śpieszyć. Proszę sprawdzić jeszcze raz. Bo wie pani, nie zaglądałam do akwarium od dwóch miesięcy... "Częstsze podmiany wody", tak pani twierdzi, no nie wiem, nie wiem... Na pewno jest jakieś inne rozwiązanie, stać panią na więcej.


5. Ile to kosztuje (i dlaczego tak drogo)?
Zdradzę Wam sekret: w sklepach stacjonarnych, często, choć nie zawsze, jest nieco drożej niż w tych internetowych. Ceny danych produktów mogą się bardziej lub mniej różnić, w zależności od wybranego sklepu, czy też sieci sklepów (thank you captain obvious!). I wierzcie lub nie, nie są one dyktowane przez pracowników. Nie wszystkim możemy też zaoferować rabacik. 

Szeroko spotykanym odłamem tego typu klientów, są starsi ludzie nie noszący ze sobą okularów oraz korpolaski*, które czerpią wewnętrzną korzyść z wzywania pracowników, by spytać "ile to kosztuje", mimo, że cena jest naklejona. Wszak, pracujesz w dziale OBSŁUGI, prawda?
I tak, zarówno gdy widzę u progu uroczą starowinkę, jak i wyperfumowaną panią na koturnach aż do nieba, wiem... że będę czytać ceny :)

*dotyczy tylko kobiet.


Ale hej, to nie jest tak, że tylko narzekam na swoją pracę! :)

11 komentarzy

  1. Po świecie chodzą różni dziwni ludzie i tyle :P. Można ich spotkać na każdym kroku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Po świecie chodzą różni dziwni ludzie i tyle :P. Można ich spotkać na każdym kroku.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziwni klienci są zmorą chyba wszystkich slekpów, jednak w duże mierze (szczególnie w sieciówkach) dla mnie zmorą są sprzedawcy z zoologicznych. Często studenci z wiedzą zerową, a którzy musza coś sprzedać, i potem ja się muszę wykłócać z takim delikwentem, że ta samiczka bojownika, którą próbuje pan wcisnąć niezorientowanej pani jest samcem i się będzie biła z bojownikem rezydentem, że żówie żótło, czy czerwonolice nie zostają wiecznie kikucentymetrowymi maleństwami i dość szybko tą mała kulę trzeba będzie zamienić na dość spore terrarium, ostatecznie podziękować za pomoc, kiedy sama coś wybieram, bo rzadko kiedy dostanę kompetentną pomoc. Dlatego uważam, że zbawieniem są małę sklepy zoologiczne (często nie mające szans z sieciówkami) które prowadzi sam właściciel, z wiedzą i pasją, który kojarzy i zna swoich klientów, zapyta doradzi itp. A klient, który chce pogadać lub podyskutować znajdzie się zawsze i wszędzie i na takich nie ma rady. Lub trzeba ich odsyłać do sieciówek :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja mimo wszystko, nie lubię chodzić do stacjonarnego zoologicznego. Albo wchodzę i tylko obczajam, po cichutku co mają i wychodzę. Zawsze kupuję przez internet. Niestety u nas sklepy mają produkty dość z dolnej półki, pojedyncze egzemplarze, ceny z kosmosu, do tego wiedza dość skromna, smaki wyłożone na ladzie i tak leżą i leżą i wietrzeją. Skoro ja kupuję paczkę smaków w internecie za normalną cenę, to oni pojedyncze sprzedają za tyle, ze cała paczka wyszłaby o kilka złotych drożej, praktycznie dwukrotność.
    Może jestem uprzedzona i wiem, jacy klienci ich odwiedzają. Choć jakoś nie przekonują mnie reakcje, skoro proszę o smaczki hypoalergiczne, trwałe zabawki czy różne, inne produkty. A jeszcze inni mają miny, że ja w ogóle coś chcę, zamiast brać to co jest wystawione. Także i ja jestem znienawidzonym klientem, czyli typ zamiast kupować to dopytuje i wymyśla :) tzn. u nas tak jest...

    Choć kiedyś, jak mieszkałam w innym, większym mieście, gdzie sklepów było o wiele więcej było bardziej miło i wybór był większy. A i nawet mi doradzili bez problemu. Także prawa rynku są nieubłagane, tam gdzie jest walka o klienta, potrafią go docenić.
    Jednak tak całkiem pisząc prawdę, to chciałabym kiedyś w zoologicznym pracować :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeszcze jest klient opowiadacz. Na takich trafiam w zoologach i ZAWSZE są w kolejce przede mną. Ich obowiązkiem jest niezwłoczne obwieszczenie całemu światu jaki jest ich pies, jakie ma problemy, jakich nie ma, ile waży, o której wstaje, co lubi, czego nie lubi, o której godzinie idzie na ostatni spacer, że nie lubi sąsiadki spod szóstki, że ma kolegę doga niemieckiego, ostatnio zwymiotował w łazience, futerko ma takie już przydługie a tak w ogóle to ostatnio jest nieco zimno i się brudzi ale to nic bo przecież można wykapać a i nowa groomerka jest tu niedaleko. Droga wprawdzie ale dobra. Podobno temu westowi co to mieszka za krótko przycięła pazur.

    ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam opowiadaczy! Choć, z mojej perspektywy, to bardzo miłe, bo oznacza, że klient darzy mnie sympatią i zaufaniem, a to najważniejsze :)
      Mimo tego, staram się, żeby nikt nie musiał długo czekać i jeśli trzeba, serdecznie przepraszam i "kasuję" kolejnego ;)

      Usuń
  6. Hmmm... Zazwyczaj robię zakupy przez internet. Dlaczego? Cena kartonika karmy mokrej dla kotów w sklepie stacjonarnym jest wyzsza nawet o niemal 100% (porównując: internet - 3,80 ; sklep stacjonarny - nawet 7,70). Natomiast w momencie, kiedy przegapię czas właściwy i widzę, że mi nie starczy, wówczas robię zakupy w małym, miejscowym sklepie, prowadzonym właśnie przez pana pasjonata, który stałym klientom, takim co to mają zawsze o dwa, trzy koty za dużo bo żal było błąkającego się po ulicy, zawsze robi mniejsze lub większe upusty i stara się także na miarę możliwości pomóc. Niezależnie od tego, że moje odwiedziny u niego są okazyjne, to i tak nie traci, bo przy moich pięciu kotach i pięciu tymczasowych, potrzeby są olbrzymie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypuszczam, że w przypadku małych sklepów dawanie upustów, rabatów może być inaczej realizowane. W sieciowych sklepach zoologicznych są z góry wklepane ceny do systemu i nie da się ich obniżyć poza pewną minimalną wartość, tudzież przyznać większego rabatu, jest to po prostu fizycznie niemożliwe. Licząc na większy upust, trzeba by się było dogadać z pracownikiem, żeby dopłacił daną kwotę z własnej kieszeni, a wiadomo, że w tej branży nie zarabia się milionów i często ma się też poza rodziną, własne zwierzęta do utrzymania.

      Usuń
  7. Natomiast przerażona jestem ludźmi kupującymi badziewie w sieciówkach, bez świadomości, że to, czym karmią swoje zwierzęta, to śmieci, które nie tylko nie służą zdrowiu zwierząt, ale wręcz są przyczyną chorób. A już najbardziej mnie wkurza, gdy opiekun zwierzęcia, gdy ono zachoruje, zamiast iść do weterynarza, zaczyna szukać na różnych portalach internetowych choroby zwierzaka a gdy już musi iść do weta, to właściwie po to, żeby mu oznajmić diagnozę i najlepsze metody leczenia.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziwni klienci zdarzają się wszędzie :D
    Pamiętam jak pracowałam kiedyś w sklepie, ileż to różnych osobowości można tam było spotkać... :D

    OdpowiedzUsuń
  9. "dzień dobry poproszę trzy neony, każdy inne płci" <3

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...