#Prywatka u Cookiego/ Burniszki


Pod koniec czerwca wybraliśmy się na długo oczekiwany urlop na działkę rodziców naszego Janka, w Burniszkach. Jesteśmy raczej domatorami, zawsze bardzo trudno było nam dograć wolne w pracy,  niektórzy z nas nieco jeżyli się na pomysł zabierania psa na wakacje, więc muszę z bólem serca przyznać że był to nasz pierwszy wyjazd z psem ever, nie licząc kilkudniowych wypadów do mojej mamy. Byłam podekscytowana na maksa!

O działce na Suwalszczyźnie wiedziałam niewiele, niewiele również pytałam, tak więc dopiero po zaparkowaniu na miejscu, mój "Myślałem, że wiesz" narzeczony obwieścił mi, że sprawy toaletowe będziemy załatwiać w wychodku, a kąpiel organizowana będzie w misce, z użyciem wody, którą trzeba sobie przynieść ze studni (i podgrzać w garnku na piecu kaflowym, jeśli zepsuje się czajnik elektryczny, co też uczynił.). W pięć minut po wyjściu z samochodu Cookie wytarzał się w truchle.






Zadowolona zgrabiła pięć patyków i fajrant ;)

Posesja, na której wypoczywaliśmy znajduje się w otoczeniu pól i pastwisk. Od najbliższych sąsiadów dzieli ją ponadto kilka wzniesień, toteż przez cały tydzień upajałam się niczym niezmąconą ciszą i prze-spokojem. To miła odmiana, bo mieszkamy w Warszawie, niedaleko lotniska, w mieszkaniu na parterze z oknami wychodzącymi na skrzyżowanie. Nie polecam.








Jeśli pastwiska, to krowy (i budzące się o wschodzie słońca natrętne muchy!), którym jedynie dowożono wodę, bez zganiania na noc do obory. Cookie uważał obecność takich sąsiadek za atrakcję życia, mnie natomiast na początku lekko miękły kolana, bo jako spec od wyobrażania sobie najgorszego, przed oczami miałam Cookiego przestawiającego się samowolnie na barfa, nabitego na rogi i dobitego widłami przez któregoś z mieszkańców wsi. Ponieważ działka ogrodzona jest jedynie prowizorycznym płotem z patyków, przez pierwsze dwa dni Cookie uczył się jej granic, a my oboje nie spuszczaliśmy go z oka, zajmowaliśmy mu czas zabawami i przerywaliśmy próby przyczajki do łaciatych. Liczyła się współpraca, bo jak się okazało, ostateczne słowo w temacie krów ma Janek. Po kilku dniach pies przyzwyczaił się do obecności muciek i z reguły nie zwracał na nie uwagi.












Typowy Cookie na działce, zaciągający się  w spokoju zapachami wsi. Przypięty do słupa i pozostawiony na ganku sam sobie, a fotografowany z ukrycia ;)



Urlop spędzaliśmy głownie na wylegiwaniu się, zabawie piłkami i szarpakami oraz spacerowaniu. Pierwszego dnia poprzysięgłam, że nie będę patrzeć na zegarek i robić czegokolwiek z przymusu (wiwat chodzenie spać o dowolnej porze i spanie tak długo, póki siadające na nosie muchy nie doprowadzą cię do szału ostatecznego, czyli maksymalnie do 10:00, o ile jesteś geniuszem i śpisz z głową pod kocem). 
Postawiliśmy na leniuchowanie i cieszenie się swoim towarzystwem :)
























Góra Cisowa (256m n.p.m), na szczęście zero uciekających zająców, za którymi mógłby pogonić pies z górki na pazurki, z pańcią na drugim końcu smyczy.


Jeszcze mi mało siedzenia godzinami na ganku z psem, zmoczonych porannych rosą stóp, szczęśliwego, zrelaksowanego Cookiego. 
Mamy nadzieję jeszcze kiedyś tam wrócić!




P.S. Anegdota o wychowywaniu dzieci twardą ręką:

Czekamy z Cookim pod wiejskim sklepem, z którego wychodzi około pięcioletnia dziewczynka z mamą. Mała wbija wzrok w psa, nie spuszcza go z oczu. Na to matka: "Nie podchodź do psa, ciebie wszystkie psy nienawidzą". Kurtyna.

6 komentarzy

  1. Pięknie. I piona za zdobycie Cisowej! Też kiedyś przemęczyliśmy ten szlak :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakie wspaniałe miejsce. W takich warunkach najlepiej się wypoczywa!

    OdpowiedzUsuń
  3. Wygląda na mega fajne miejsce. Baardzo ładny krajobraz.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękny krajobraz! Wynagradza wszelkie niedogodności wiejskiego życia!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...